POWIAT MAKOWSKI
Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Wymagane jest uaktualnienie wtyczki Flash Player.
Znajdujesz się w: Strona główna / Historia Powiatu Makowskiego / II Wojna Światowa
24 kwietnia 2017
poprzedni miesiąc następny miesiąc
pn wt śr czw pt so nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
imieniny
Bony, Horacji, Jerzego
  

II Wojna Światowa

 


Pomnik pamięci ofiar faszyzmu 1939 - 1945r. w Makowie Mazowieckim

Wrzesień 1939 w pamięci mieszkańców powiatu makowskiego

Roman Minasiewicz – we wrześniu 1939 roku był osiemnastoletnim, pierworodnym synem swojego ojca, znanego w Makowie szewca. O napaści Niemców na Polskę usłyszał rano przez radio. – Chciałem iść walczyć za ojczyznę. Nie tylko ja, wielu młodych szło do WKU w Pułtusku chcąc bić Niemców. Niestety, nie przyjmowali ochotników. Nie mieli dla nas ani mundurów, ani broni ! Taka to była straszna prawda. Na ucieczkę pojechałem z ojcem, wujem i jego rodziną. Ojciec zadecydował, by mama z młodszym rodzeństwem została w Makowie. Z nami pojechała jeszcze moja kilkunastoletnia siostra, aby nam w drodze ugotować i przeprać. W Wólce Paplińskiej koło Wyszkowa zostawiliśmy siostrę i inne kobiety z rodziny wuja. W męskim gronie udaliśmy się dalej. Naszym celem była Rumunia. Miałem porządny rower, na którym zawsze wyjeżdżałem kilka kilometrów naprzód, aby wybadać, czy droga przejezdna i bezpieczna, żeby bez potrzeby nie fatygować koni, gdyby np. okazało się, że przejazdu nie ma. Poruszaliśmy się jedynie nocą, bo za dnia było niebezpiecznie. Za Wyszkowem polski żołnierz zarekwirował mi rower. Gdy ojciec zauważył mój smutek, kazał nie żałować się roweru, lecz cieszyć, że chociaż w taki sposób mogłem przysłużyć się ojczyźnie. Może dzięki twojemu rowerowi ktoś, gdzieś jakiś ważny rozkaz dostarczył – mówił ojciec. Wkrótce zresztą kupił mi inny rower, choć nie tak dobry jak tamten spełniał swą funkcję. Konie mieliśmy bardzo dobre. Robiliśmy nawet po 70 km przez noc. W połowie września, w Kowlu szlabany ruskich nie dali nam iść naprzód. Nakazywali powrót. Gdy pod koniec września wróciliśmy do Makowa, najpierw była ogromna radość ze spotkania z mamą i rodzinnym miastem, a potem szara, okupacyjna rzeczywistość i ukrywanie się przed wywiezieniem.

Marian Bartosiak – miał 24 lata i odbywał zasadniczą służbę wojskową. – Kiedy już było pewne, że wojna z Niemcami jest nieunikniona, zaczęliśmy okopywać się w miejscowości Janowo koło Chorzel. Pierwszego września o szóstej rano zaczął się mój pierwszy w życiu bój o ojczyznę i była to szczęśliwie wygrana bitwa. Mieliśmy dużo karabinów maszynowych, którymi zmusiliśmy wroga do wycofania się spod olszynowego lasku. Niestety tylko ten raz. Potem to już głównie my wycofywaliśmy się. Najpierw w stronę Przasnysza, potem coraz bardziej w głąb kraju. Codziennie były jakieś starcia i codziennie było nas mniej. Ja byłem podoficerem sekcyjnym. Zdaje mi się, że wycofaliśmy się już za Bug do Popowa, gdy dowódca szwadronu zebrał oficerów i podoficerów oznajmiając smutną prawdę, że niemieckie siły są tak potężne ilościowo i uzbrojeniowo, że nie mamy szans na wygranie z nimi, ale nie wolno nam tracić ducha lecz honorowo walczyć do końca. Początkowo, dopóki wierzyliśmy w pomoc Anglii i Francji, nie było trudno. Najgorsze zaczęło się gdy i tej nadziei zabrakło. Bardzo przeżyłem fakt zakopania sztandaru pułkowego pod Węgrowem. W swojej ostatniej bitwie pod Łochowem zostałem ranny. Dostałem odłamkiem granatu w prawe ramię. Mój pułk cofał się dalej, a ja zostałem w szpitalu. W październiku wróciłem do Żabina, do domu.

Feliksa Czyż z Żabina Karniewskiego gdy wybuchła wojna miała 19 lat i była młodą mężatką mieszkającą w miejscowości Kręgi w gminie Somianka - Ten dzień zaczął się jak wszystkie inne i nic nie zapowiadało nieszczęścia. Dopiero około południa, gdy wrócili ze dwora od młocki powiedzieli, że wojna. Ludzie jeszcze nie całkiem wierzyli. Wcześniej mówiono, że Niemcy będą przeprowadzać manewry wojskowe. Sąsiad miał radio na słuchawki. Dopiero jak to przez radio ogłosili, wszyscy uwierzyli, że to prawdziwa wojna. Musiał to być wtorek albo piątek, bo dużo ludzi ze wsi było na jarmarku w Wyszkowie, gdy nadleciał samolot i rzucił pierwszą bombę na ten jarmark. Jak usłyszałam te samoloty, jak uwierzyłam, że to naprawdę wojna, zaczęłam się strasznie trząść i słowa nie mogłam wypowiedzieć. Ludzie mówili, że Niemcy będą kobietom obcinać piersi, uszy, okręcać drutem kolczastym kobiety z mężczyznami i w ogóle będą zarzynać Polaków bez litości. Ludzie we wsi strasznie bali się przyjścia Niemców, może nawet bardziej jak bombardowania. Mój mąż akurat pojechał furmanką po drzewo na tartak do Wyszkowa. Umierałam ze strachu o niego. Wyobrażałam sobie, że on już zginął w tym Wyszkowie. Chciałam zostawić dobytek i wracać do mamusi, do rodzinnej wsi, ale teściowa mnie powstrzymywała. Kiedy wreszcie zobaczyliśmy pierwszych Niemców maszerujących od Serocka, wszyscy we wsi pochowali się. Nikt nie śmiał przejść przez własne podwórze. Jednak sąsiadka po coś tam koniecznie musiała wyjść. Niemcy ją od razu zauważyli i jeden poprosił o wodę. Gdy przyniosła kubełek i kubek, kazali żeby ona najpierw się napiła, widocznie aby się przekonać czy nie zatruta ta woda, a potem strasznie spragnieni zaczęli sami pić. Za tę wodę nasypali jej pół fartucha cukierków, najwidoczniej obrabowali gdzieś po drodze sklep. Po tym zdarzeniu już się mniej baliśmy: Może te Niemcy nie będą tacy straszni?

Marianna Załęska z Żabina Karniewskiego, była 14-letnią dziewczyną mieszkającą we wsi Obierwia w gminie Lelis - Nic nie wiedząc o wojnie tego dnia moi rodzice pojechali młócić do mojego stryjka w sąsiedniej wsi, a ja zostałam by opiekować się młodszym rodzeństwem. Nie wymłócili jednak do końca i przyjechali pośpiesznie do domu rozpowiadając we wsi, że zaczęła się wojna. Zapanowało wielkie przygnębienie i strach. Wieczorem w naszym murowanym domu dużo ludzi zebrało się na modlitwę. Modlili się długo bojąc się nalotu i bombardowania. Na drugi dzień rzeczywiście samoloty zaczęły latać, ale nie zrzucały bomb. Ludzie zaczęli masowo uciekać ze wsi. Straszono nas, że Niemcy urzynają języki, wykłuwają oczy, ale to się okazało nieprawdą. Ja na własne oczy Niemców zobaczyłam dopiero gdzieś po miesiącu czasu. Co roku, w rocznicę września przypominam sobie tamtą panikę. Do dziś czasem nucę sobie piosenkę „Pierwszego września o świcie wróg nam przestąpił granicę. My pod Myszyńcem leżelim i swoich granic strzec chcielim”.

Halina Szymczyk z Makowa, we wrześniu 1939 r. miała 16 lat, mieszkała w Ciepielewie w gminie Szelków - Starsi ludzie już dzień wcześniej wiedzieli, że wojna jest nieunikniona. Tego dnia jak zwykle poszłam do pracy we dworze, ale państwo Sobieszczańscy już wiedzieli o wojnie, pakowali się w popłochu, więc ja wróciłam do domu. Ciekawa byłam co się dzieje w mieście, więc przyszłam do Makowa. Wszędzie płacz, krzyk. Od nas ze wsi ludzie wyjeżdżali, uciekali, ale moja rodzina (miałam trzy siostry) została we wsi. Nie pamiętam za jaki czas Niemcy zakwaterowali się u nas, tzn. zajęli jeden pokoik. Mój tatuś po pierwszej wojnie był w Niemczech, znał język, więc służył czasem za tłumacza. Prawdę mówiąc, gorzej było jak Ruskie przyszli. Przy Ruskich bałam się wychodzić na własne podwórze.

Henryk Konarzewski z Makowa, gdy wybuchła wojna miał ledwie 10 lat, mieszkał w Jankowie - Pamiętam doskonale jak Wiewiórkowski przyszedł z Budzyna Bolek i powiedział, że Niemcy uderzyły na Polskę. Ludzie raczej mu nie dowierzali. Moja mama akurat wyjmowała len z wody. Radził mamie, aby przestała zajmować się tym lnem, bo to teraz już nieważne, bo wojna. Wkrótce zaczęły bić dzwony, wyły syreny i już nikt nie wątpił. Dzień był piękny, słoneczny, a tu taka straszna wiadomość. Mamusia pochodziła z Bronisz, więc uciekliśmy do babci. Tam też nie było bezpiecznie, więc uciekaliśmy dalej, za Narew. Tatuś wrócił się po coś, chyba chciał jeszcze coś schować, ale Niemcy złapali go i wywieźli do Prus. Za Narwią było bardzo cicho. Wieczorem zobaczyliśmy straszną łunę nad Różanem. Po kilku dniach Niemcy zajęli już i tę wioskę, w której się schroniliśmy. Zrozumieliśmy, że oni już widocznie są wszędzie, więc lepiej wracać do siebie. Wróciliśmy najpierw do Bronisz, a potem do Jankowa.

Stanisław Pawłowski z Makowa - W 1939 r. miał 17 lat i mieszkał w Makowie - Rano na drzwiach miejskiej rady zobaczyłem obwieszczenie, że o piątej rano zaczęła się wojna z Niemcami. Około dziewiątej woźny Reszka bębnił przed budynkiem ogłaszając zgromadzonym na rynku ludziom, żeby wszyscy mężczyźni w wieku 17-45 lat zgłaszali się do wojska. Dla takiego chłopaka, jakim wtedy byłem, wojna nie wydawała się niczym strasznym, raczej przygodą. Na drugi dzień, wspólnie z innymi poszedłem do WKR-u w Pułtusku. Tam okazało się, że dla nas, ochotników nie mają nawet broni. W miejsce broni ochotnicy nosili zwyczajne kije. Cóż to więc za wojsko? Potem zdecydowano, że przyjmą tylko tych, co już mają książeczki wojskowe z czerwonym paskiem. Ja miałem ledwie 17 lat i żadnej książeczki wojskowej. Chciałem się bić za Polskę, ale po zarejestrowaniu wróciłem do Makowa. Tu się okazało, że ludzie masowo uciekają za Pułtusk, więc i ja uciekłem. W Pniewie zaskoczyli nas Niemcy. Uznałem, że nie ma sensu uciekać, bo oni już najpewniej są wszędzie. Przyszedłem z powrotem do Makowa. Na początku 1940 roku wzięli mnie na roboty do Prus.

Teresa Tyburska - była 12-letnią dziewczynka mieszkającą w Zamościu - Niestety, nie pamiętam, którego września Niemcy szli przez Zamość. Wiem tylko, że wszyscy mężczyźni uciekli do Świętej Rozali, do Bindużki, a my – dzieci i kobiety – byliśmy na tyle niemądre, że poszliśmy na krzyżówki przyglądać się, jak Niemcy idą od Krasnosielca na Sypniewo i Ostrołękę. Przecież mogli nas wszystkich powybijać. Tak mogło się skończyć to nasze przyglądanie. Tak przecież było w Sławkowie i Batogowie. Na szczęście przejechali i nic nam nie zrobili.

Leokadia Sawicka z Makowa - Miała wówczas 23 lata i pracowała wspólnie z siostrą w Warszawie - Gdy pierwsze bomby spadły na Mokotów, wróciłyśmy do naszej rodzinnej wsi Zacisze. Autobus ruszył z Warszawy rano, ale jechaliśmy cały dzień i całą noc, bo co rusz spadały bomby i wychodziliśmy z autobusu chronić się. Na wsi żyło się spokojnie. Dopóki nas nie wysiedlono, prawie nie czuło się wojny. Z tamtych lat mam szczególnie w pamięci jedno tragiczne zdarzenie. Niemiec jechał na koniu, który do nogi miał przywiązanego 21-letniego chłopaka. Wlókł go tak drogą po kamieniach aż do Krzyżew. Tam, w lasku dobił go z pistoletu. Pamiętam, jak matka tego chłopca szła później tą drogą aż do końca i w fartuch zbierała krew swego syna.

Genowefa Szulc - miała 28 lat, mieszkała w Różanie - W lipcu 1939 r. wzięłam ślub. Wprawdzie chodziły wieści, że Niemcy będą szli przez Różan, przygotowywano okopy, ale raczej nikt nie chciał wierzyć, że ta wojna będzie. Mój mąż pracował w młynie. Gdy przyszło uciekać z drugiego na trzeciego września, zabraliśmy się z gospodarzem, który miał konie i wóz. Gospodarz przygotował beczkę mięsa, mój mąż mąkę i ziarno dla konia. Oprócz jedzenia wzięliśmy tylko pościel. Ruszyliśmy w stronę Mińska Mazowieckiego. Różan opustoszał, bo uciekał kto mógł. Gdy po kilkunastu kilometrach zatrzymaliśmy się na nocleg, nad Różanem zobaczyliśmy ogromną łunę. Jak się później okazało wysadzono most, aby zablokować przejście przez Narew. Po około dwóch tygodniach koczowania wróciliśmy do zajętego, zniszczonego w 80% Różana. Niemcy potrzebowali młynarzy. Wkrótce mąż dostał pracę w Makowie, w młynie na Przasnyskiej. Zamieszkaliśmy w pokoiku na Moniuszki. W 1940 r. urodziłam pierwsze dziecko, córkę. Mąż był bardzo dobrym człowiekiem. Czasy były takie, że gotowało się obiad, a nie wiadomo było, czy się dożyje, by go zjeść. Mąż szedł do pracy na 12 godzin, a nie było pewności, że wróci do domu. Jedno trzeba przyznać uczciwie. Niemcy szanowali dobrych rzemieślników, cenili solidną robotę. Ale zdarzało się, że Niemiec strzelał do Polaka na ulicy tylko dla kaprysu, bo mu się na przykład nie podobał jego wygląd. I spokojnie szedł dalej. Wszyscy drżeli. Nigdy nie zapomnę, jak wywożono Żydów z getta. Któregoś dnia przyszłam do sklepu w rynku, a tu cały rynek zastawiony pustymi wozami drabiniastymi. Bardzo się przejęłam tym widokiem, domyślając się o co chodzi. Czekali na rozkaz wywozu Żydów. Roztrzęsiona wróciłam do domu. Gdy mój mąż przyszedł potem na obiad, opowiedział straszne rzeczy. Mówił, że konie szły truchtem, a Żydzi musieli wskakiwać na te wozy. Jak ktoś spadł, nie wolno mu było pomóc, a przecież z drabiniastego wozu nie trudno się omknąć. Mąż myślał, że zemdleje, gdy zobaczył jak dziecko zaczepione o wóz krwawiąc tarło się po ziemi. Gdy nareszcie spadło, furmanki przejechały po nim. Widzi pani, musiało to być straszne, jeśli ja, nie widząc tego wówczas, jeszcze dziś, po tylu latach płaczę, gdy to wspominam. Inne, straszne wspomnienie z tamtych lat wiąże się z polskimi żołnierzami. Przechodząc ulicą Kościelną, od strony ulicy, usłyszałam donośny śpiew „Boże coś Polskę”. Przerażona i świadoma czego jestem świadkiem, wtuliłam się w płot i czekałam. Potem usłyszałam strzały i nastała cisza. Po drugiej stronie rzeki były wykopane doły. Kilkunastu żołnierzy zostało zastrzelonych tak, by ginąc wpadali w te doły. Gdy o tym myślę też mam łzy w oczach.

Marianna Dobrzyńska – była wówczas 14-letnią dziewczyną. – Rodzice mieli w planie budowę domu. Pierwszego września z samego rana tatuś pojechał po cement. Byłam na podwórku, gdy zobaczyłam idącego przez wieś sołtysa Owsiewskiego, powtarzającego słowo WOJNA! Nie wzięłam tego poważnie. Myślałam, że sołtys żartuje. Poszedł dalej przez wieś, ale wracając wstąpił do nas pytając o tatusia. Gdy mamusia wyjaśniła gdzie jest tatuś, sołtys zasiał w nas niepokój mówiąc do mamusi, by nastawiła się na to, iż tatuś może w ogóle nie wrócić, bo wybuchła wojna. Jednak wrócił i zaczęliśmy przygotowania do ucieczki za Bug. Na wóz zapakowaliśmy wszystko co najpotrzebniejsze. Zabraliśmy ze sobą krowy, a świnie puściliśmy wolno zostawiając otwartą stodołę, gdzie na klepisku leżało omłócone proso. W Pułtusku promem przeprawialiśmy się przez Narew. Dotarliśmy do tatusia rodziny w Wólce Słomiankowskiej koło Wyszkowa.

Sabina Jechna – gdy wybuchła wojna była młodą mężatką. - Jeszcze przed wrześniem w Makowie odbywały się szkolenia o zachowaniu przeciwgazowym, o obronie cywilnej w razie wojny. Sporo starszy ode mnie mąż (były wojskowy) miał świadomość niebezpieczeństwa, ale nie chcąc mnie martwić uspakajał, że wojny nie będzie. Pierwszy września był to bardzo ciepły piątek. Mój tatuś przyjechał do miasta na targ. Odwiedził nas mówiąc o ataku Niemców na Polskę. Włączyłam radio, a tam akurat przemawiał prezydent Mościcki. „ U wrót najjaśniejszej Rzeczypospolitej Polskiej stanął odwieczny wróg – Niemiec” – tego zdania nigdy nie zapomnę. Zaczęłam płakać, że znów nie ma Polski. Wpadłam w jakiś trans płaczu, bowiem patriotyzm miałam bardzo głęboko wpojony. Przez cały dzień słuchaliśmy tego radia. Przemawiał także prezydent Starzyński. Ponieważ wieść niosła, że Niemcy nie dojdą dalej jak do Bugu, nastał jakby szał uciekania za Bug. Mój tatuś i mąż też wyjechali. Ja zostałam u mamy w Zakliczewie. Mama bardzo się o mnie bala, gdyż wieść niosła, że Niemcy gwałcą młode kobiety. Nic więc dziwnego, że strasznie krzyknęłam, gdy pierwszy raz w życiu zobaczyłam Niemca. Było to zupełnie niespodziewanie, w momencie, gdy sięgałam coś z szafy. Odwróciłam się, a w progu pokoju stał żołnierz niemiecki w pełnym rynsztunku z karabinem. Wrzasnęłam niesamowicie i on wyszedł. Wówczas mama przez kuchenne okno pokazała mi, że drogą jedzie cała masa Niemców na motorach. Musiało ich być kilkuset albo nawet tysiące, bo jechali pod oknem kilka godzin. Pamiętam wielką radość gdy tatuś i mąż wrócili z ucieczki do domu. Z tego względu, że mąż był dawnym wojskowym, często do naszego domu przyjeżdżali jego wojskowi koledzy przywożąc zakazane wieści, a nasz dom często był przeszukiwany. Bardzo przeżywaliśmy, że Polska tak krótko cieszyła się wolnością. Gdy dziś słyszę w telewizji, że niektórzy nawet nie wiedzą, że 1 września to jest rocznica wybuchu wojny, że dla młodzieży jest to tylko dzień rozpoczęcia roku szkolnego dziwię się, że są domy, które niczego nie przekazują swym dzieciom. Jak można myśleć jedynie o stronie materialnej życia. Jak można nie pamiętać co było wcześniej, co robiono z ludźmi, którym należy się pamięć i wdzięczność od nas, którzy żyją po nich. Obowiązkiem dorosłych jest przekazywanie kolejnym pokoleniom historii i bohaterstwa swego narodu.

wysłuchała Anna Skonieczna

INTERmedi@


Zadaj pytanie Staroście
Powiat w obiektywie
Spacer wirtualny
Foto Galeria
Mapa dojazdu
Baza firm
Gospodarstwa Agroturystyczne
Portal Samorządowy
Fundacja Kocham Maków
Powiat Makowski, ul. Rynek 1, 06-200 Maków Mazowiecki, pow. makowski, woj. mazowieckie
tel.: 29 717-36-60, fax: 29 717-36-64, email: starostwo@powiat-makowski.pl , http://www.powiat-makowski.pl
NIP: 757-14-52-124, Regon: 550668841
Poprawny HTML 4.01 Transitional Poprawny arkusz CSS Poprawne kodowanie UTF-8 Strona zgodna z WCAG 2.0 AA
projekt i hosting: INTERmedi@
zarządzane przez: CMS - SPI
Niniejszy serwis internetowy stosuje pliki cookies (tzw. ciasteczka). Informacja na temat celu ich przechowywania i sposobu zarządzania znajduje się w Polityce prywatności.
Jeżeli nie wyrażasz zgody na zapisywanie informacji zawartych w plikach cookies - zmień ustawienia swojej przeglądarki.
x